Reklama

Rodzina

Nie ma nudy

Od spijania z dzióbków po kłótnie na śmierć i życie i rozstanie. Bywa, że i tak wygląda małżeńska droga. Ale może też wyglądać inaczej. Nawet jeśli jest biegiem z przeszkodami, to te pokonywane są w imię wspólnego dobra i ślubowanej miłości.

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Spotkaliśmy się w Krakowie, oboje studiowaliśmy na Uniwersytecie Jagiellońskim: Alina – polonistykę, ja – geografię. Wiele nas różniło. Pochodziliśmy z odmiennych środowisk: Alina – z podkarpackiej wsi, od dzieciństwa wychowywana przez wcześnie owdowiałą mamę, która jednak dzielnie podejmowała życiowe wyzwania, ja – z wielodzietnej rodziny ze Śląska, w której role były z góry ustalone: ojciec zarabia na utrzymanie domu, matka zajmuje się wychowaniem dzieci. Inna perspektywa życia rodzinnego, inne temperamenty, inne przyzwyczajenia, może nawet inne oczekiwania... Czy nasze spotkanie mogło przerodzić się w coś trwałego? Mogło i rzeczywiście przerodziło się w małżeństwo i rodzinę.

Fundamenty z wiary

Pobraliśmy się w akademickim Kościele św. Anny w Krakowie. W tym samym, w którym odprawiał Msze św., spowiadał wiernych, wygłaszał rekolekcje i spotykał się ze studentami bp Karol Wojtyła. W tym samym, w którym bez mała 30 lat wcześniej (w grudniu 1960 r.) przyszły papież głosił kazania dla narzeczonych pt. „Budować dom na skale”. Nasze wesele było skromne, właściwie w gronie najbliższej rodziny, urozmaicone wędrówką młodej pary i świadków przez krakowski Rynek na sesję zdjęciową w pracowni fotograficznej przy ul. Floriańskiej.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

A potem... wzajemne dojrzewanie do tego, co znaczy „budować dom na skale”. W życiu małżeńskim i rodzinnym to Alina zawsze bardziej twardo stąpała po ziemi – ja patrzyłem na małżeństwo chyba bardziej idealistycznie. – Wspólne było nasze przekonanie – mówi Alina – że słowa przysięgi małżeńskiej: „(...) biorę ciebie za żonę/ biorę ciebie za męża i ślubuję ci: miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci”, są ważnym zobowiązaniem – wobec Pana Boga, wobec Kościoła, wobec rodziny, a nade wszystko wobec samych siebie.

To nie była i nigdy nie jest pełna gwarancja małżeńskiego sukcesu, ale bez tego zobowiązania, które wynika z przyjętego systemu chrześcijańskich wartości oraz z wzajemnej uczciwości, potwierdzonej odpowiedzią: „Chcemy!”, na pytanie kapłana: „Czy chcecie wytrwać w tym związku w zdrowiu i chorobie, w dobrej i złej doli, aż do końca życia?” – wszystko może się „posypać”.

To, co nas łączy

Obok wspólnie pielęgnowanej wiary łączą nas: uczucie, dzieci (syn i dwie córki), które są owocem tego uczucia, codzienne obowiązki domowe, ale także wzajemne przyzwolenie na pewną „autonomię”.

Alina zauważa: – Nie musimy sobie „z dzióbków spijać”, publicznie się tulić czy głośno deklarować miłość, by być pewnym swoich uczuć. To przestrzeń naszego życia, która jest tylko dla nas. Jest w niej miejsce na najintymniejszą małżeńską więź, na czułość i wrażliwość, w niej zwierzamy się z dylematów naszych serc, dzielimy się troskami, rozwiązujemy małżeńskie problemy. Dla innych ta przestrzeń musi pozostać tajemnicą. A i tak nikt, kto nas zna, nie ma wątpliwości, że jesteśmy gotowi za drugą stronę, jak to się mówi, skoczyć w ogień.

Reklama

Czy się kłócimy? Owszem, ale nigdy nie są to kłótnie „na śmierć i życie”, choć czasami są dość „wybuchowe”. Staramy się jednak, by nie było między nami tzw. cichych dni. Jeżeli już się zdarzała ostra wymiana zdań, nie było nam z tym dobrze. Dlatego mocno pielęgnujemy zalecenie z Listu św. Pawła do Efezjan: „(...) niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce!” (Ef 4, 26b).

Łączą nas dzieci, a teraz także wnuczęta. Patrząc na nasze dorosłe już dzisiaj pociechy, czasami mówimy: „gena nie wydłubiesz!”. Właściwie nigdy do niczego ich nie przymuszaliśmy, a jednak dostrzegamy, że czy to w kwestiach praktykowania wiary, wyboru życiowych wartości (uczciwości, solidności, niechodzenia „na skróty” itd.), czy też uczestnictwa w życiu społecznym (zaangażowania na rzecz bliźniego, a nawet udziału w wyborach), one – nie tracąc życiowej samodzielności i dokonując własnych wyborów – zasadniczo idą za nami. – My im tylko staramy się dać przykład, własnym życiem wskazujemy drogę, którą sami idziemy już przez 36 lat małżeństwa – podkreśla Alina, a ja to podzielam.

Łączą nas także – proza codzienności – obowiązki domowe. A raczej... świetnie się w nich uzupełniamy. Gdy Alina woła: „uciekaj z kuchni, ty mi tylko tu przeszkadzasz!”, nie protestuję, nie obrażam się. Po prostu uznaję, że kuchnia to jest jej „królestwo”. Może to jest minimalistyczne podejście, ale wystarcza mi świadomość, że gdyby się zdarzyło (a zdarzyło mi się już kilkakrotnie) samemu się w tym „królestwie” znaleźć, to jakoś przeżyję – z głodu nie umrę, wody nie przypalę.

Reklama

Z drugiej strony nie funkcjonuje u nas przekonanie, że jakieś „prace domowe” to nie dla faceta, że czegoś mu „nie wypada”, bo go to poniża lub zaburza jego „poczucie wartości” – nie wypada mu odkurzać, myć podłóg czy ogólnie sprzątać. Nie mam żadnego problemu z tym, że to na mnie spada część porządków w domu i wokół niego. Czasami tylko, zwłaszcza przy okazji porządków przedświątecznych, Alina zdroworozsądkowo zauważa: „Marian, «zluzuj» z tymi porządkami! W święta to Pan Jezus się rodzi/Chrystus zmartwychwstaje, a nie sanepid przyjeżdża z kontrolą!”.

To tylko dwa przykłady „dopełniania się” w podejmowaniu obowiązków domowych. Poza tym, jak w każdej rodzinie, jest cała gama obowiązków realizowanych wspólnie albo naprzemiennie. Wcześniej dotyczyło to także wychowywania dzieci i opieki nad nimi.

Wzajemne przyzwolenie na „autonomię” polega na zrozumieniu, że czasami druga strona widzi pewne sprawy i chce działać inaczej. Na szukaniu akceptowalnego przez obie strony kompromisu. Dotyczy to np. kontaktów rodzinnych (Alina nie przepada za wielkimi uroczystościami rodzinnymi, ja zawsze widzę potrzebę spotkań nawet z dalszą rodziną lub ze znajomymi) czy samodzielnych wyjazdów, zwłaszcza zagranicznych (było ich kilka, ale nigdy nie trwały dłużej niż pół roku, nie z powodu braku zaufania, ale z przekonania, że żadne pieniądze nie są warte osłabienia więzi małżeńskiej czy rodzinnej). Tak rozumiemy partnerstwo w małżeństwie.

Mimo upływu lat w naszym małżeństwie nie ma czasu na nudę. Zawsze mamy sobie coś do powiedzenia. To jest najważniejsze!

2026-07-06 18:19

Oceń: +6 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

„Nie” dla życia na kocią łapę

[ TEMATY ]

rodzina

małżeństwo

sakramenty

GViciano / Foter / CC BY-SA

Obudzenie wrażliwości na sens i wartość małżeństwa przy równoczesnej akcji informacyjnej dotyczącej konsekwencji życia w nieformalnych związkach – takie cele postawił sobie Krajowy Ośrodek Duszpasterstwa Rodzin, rozpoczynając akcję „Keep calm and don't kocia łapa"
CZYTAJ DALEJ

Bp Lityński do kleryków: Wzrastajcie, pomimo przeszkód – łaski Pana wam nie zabraknie!

2026-10-13 17:48

[ TEMATY ]

inauguracja roku akademickeigo

Wyższe Seminarium Duchowne w Gorzowie Wlkp.

Karolina Krasowska

Na pierwszym roku formację do kapłaństwa podejmuje 6 kleryków

Na pierwszym roku formację do kapłaństwa podejmuje 6 kleryków

W Wyższym Seminarium Duchownym w Gorzowie Wlkp. 13 października odbyła się uroczysta inauguracja roku akademickiego. Na pierwszym roku formację do kapłaństwa podejmuje 6 kleryków.

Tegoroczna inauguracja odbyła się po raz 80. w historii Zielonogórsko-Gorzowskiego Wyższego Seminarium Duchownego. Rozpoczęła się w seminaryjnej kaplicy od Mszy św., której przewodniczył bp Tadeusz Lityński. Homilię wygłosił bp Adrian Put, który podkreślił, że decyzja o kapłaństwie musi dokonać się w wolności kandydata. - 6 lat tego czasu tutaj jest po to, żeby dojrzeć do tej wolności, którą przynosi nam Ewangelia. "Czy chcesz?" Nie czy będziesz dobry księdzem, nie czy będziesz duże grupy prowadził formacyjne, nie czy będziesz piękne kościoły budował albo świetne grupy Caritas prowadził. Na początku będzie ciebie biskup pytał: "czy chcesz?", "czy jest w tobie tyle wolności, która płynie z Ewangelii, aby podjąć się tego zadania?" – mówił bp Adrian Put. - Wiecie, że czasami są bracia, którzy z różnych powodów mówią: "A jednak nie". To ja dzisiaj was proszę i dzisiaj do was kieruję to słowo. To zanim będziesz odpowiadał biskupowi w katedrze i będziesz słyszał ten głos pełen ufności, wiary, nadziei, ale i trochę lęku, to dojrzyj do tego, żeby odpowiadać w wolności: "tak, chcę". Bo dzisiaj nikt ci nie zagwarantuje, co będziesz robił – kontynuował biskup. - Z biskupem diecezjalnym mamy takie doświadczenia, jak jeździmy po wizytacji szczególnie w tym okresie albo w okresie zimowym, ilu naszych braci w tym okresie tak naprawdę stać tylko na to, żeby ogrzać sypialnię i trochę łazienki, ale są wśród tych ludzi. Ilu naszych braci zmaga się z wieloma remontami, różnymi trudnościami, ale są, bo odpowiedzieli sobie na pytanie, dlaczego chcę, jaka jest moja wolność. Są takie wioski ciągle na naszym terenie, gdzie państwa polskiego już dawno nie ma. Nie ma policji, nie ma szkoły, nie ma poczty, nie ma nawet przystanku autobusowego, ale jest kościół, do którego systematycznie przyjeżdża ksiądz. Tam nawet młodych już nie ma, ale przyjeżdża ksiądz, który głosi Ewangelię Bożą i ile razy było słychać, że tylko ksiądz nam tutaj został – zauważył bp Put. - Więc ja wam nie zagwarantuje, biskup diecezjalny wam nie zagwarantuje tego czy będziecie pracowali na wielkiej parafii i mieli sukcesy, czy będziecie na małej wspólnocie parafialnej, gdzie trzeba będzie troszkę walczyć też o byt. Niczego wam zagwarantować nie możemy poza Ewangelią Jezusa Chrystusa i poza wolnością, do której wzywa nas Chrystus. Więc bardzo pokornie was proszę, abyście ten czas seminaryjny wykorzystali na to, aby dojrzeć w wolności do odpowiedzi na pytanie: "czy chcesz?". Nikt ciebie do święceń nie będzie popychał. To musi być twoja i tylko wyłącznie twoja wolna wola. Chcę, bo wiem, że skoro chcę, to Pan ma dla mnie jakiś plan. I czy będę tam, czy będę gdzie indziej. Czy będę w takiej wspólnocie, czy innej, czy będę miał takie zadanie czy inne, to będzie to moje miejsce zbawienia w wolności – podkreślił biskup.
CZYTAJ DALEJ

Kraków: Pożegnano 415 dzieci martwo urodzonych

2026-10-13 19:54

[ TEMATY ]

Kraków

dzieci martwo urodzone

Duszpasterstwo Rodzin Dzieci Utraconych Archidiecezji Krakowskiej

W krakowskich Podgórkach Tynieckich odbył się pogrzeb dzieci martwo urodzonych. Ceremonia, podczas której pożegnano 415 dzieci, miała miejsce 13 października 2026 roku.

– Istnieje pokusa, żeby powiedzieć, że dzisiaj żegnamy około czterystu dzieci. To jednak byłoby nie w porządku, bo chcemy każdemu z tych czterystu piętnastu dzieci powiedzieć, że o nim pamiętamy – mówił w homilii ks. dr Janusz Kościelniak, diecezjalny duszpasterz Rodzin Dzieci Utraconych. – Każde z tych dzieci utraconych jest konkretnym człowiekiem, który ma swoich rodziców i rodzinę – dodał kapłan.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję