Reklama

Polityka

Odstraszanie wroga

O zagrożeniu bezpieczeństwa Polski i potrzebie wzmocnienia patriotyzmu z prof. Romualdem Szeremietiewem rozmawia Wiesława Lewandowska

Niedziela Ogólnopolska 14/2014, str. 36-37

[ TEMATY ]

polityka

Dominik Różański

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Jeszcze nie tak dawno nasi przywódcy oraz ich liczni eksperci zapewniali, że Polsce nie zagraża żadne zewnętrzne niebezpieczeństwo, by kilka tygodni później z minorowymi minami przekonywać zachodnich sojuszników, że potrzebne nam wsparcie militarne. Bardzo to Pana Profesora zaszokowało?

PROF. ROMUALD SZEREMIETIEW: – Od dawna wiemy, że w Polsce biorący na siebie obowiązek dbania o bezpieczeństwo narodowe nie grzeszą wyobraźnią. Przestrzegałem, że bezpieczeństwa narodowego nie można opierać na optymistycznych scenariuszach. Tymczasem w dokumentach przyjmowanych w resorcie obrony i Biurze Bezpieczeństwa Narodowego, podpisywanych przez prezydenta, twierdzono z uporem, że co najmniej do 2030 r. żaden poważny konflikt Polsce nie grozi. Skąd się brało to naiwne poczucie – nie wiadomo.

– W związku z nim już niemal przekonano Polaków, że armia jest zbędnym obciążeniem dla „szczęśliwego państwa dobrobytu”, a poza tym przecież jesteśmy w NATO.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

– Przed dwoma laty amerykański analityk prof. George Friedman, pytany na łamach „Rzeczpospolitej” o to, czy NATO pomoże Polsce w razie zagrożenia, powiedział, że państwa Sojuszu w Europie nie wydają się być skłonne do takiej reakcji, a skutecznej pomocy udzielić mogą tylko Amerykanie. Jednak wówczas Polska musi przynajmniej trzy miesiące sama wytrwać w obronie swego terytorium. Podobnie twierdził były dowódca wojsk lądowych gen. Waldemar Skrzypczak, kiedy jeszcze nie był ministrem.

– Tego rodzaju opinie były jednak lekceważone?

– Rzeczywiście. W obowiązującej do niedawna strategii obronności Rzeczypospolitej Polskiej był zapis, że Wojsko Polskie w razie wojny od początku będzie działało w ramach sił sojuszniczych. Z tego wniosek, że nie zakładano trzymiesięcznej obrony własnymi wojskami, ale – że NATO zjawi się z pomocą, zanim wojna Polsce zagrozi! Co ciekawe, nie tak dawno ten bardzo optymistyczny dokument został zdjęty ze strony internetowej MON i pojawił się nowy, w którym napisano, że żaden konflikt nam nie grozi do 2022 r.

– Skąd ta data?

– Prawdopodobnie stąd, że w 2020 r. Rosja zakończy modernizację swojej armii; wtedy po wydaniu ponad 20 bln rubli będzie to druga armia w świecie po amerykańskiej. Polscy stratedzy zapewne zakładają, że w dwa lata po osiągnięciu pełnej mocy Rosja może ujawnić wobec nas swe „pokojowe” zamiary. Dlaczego? Nie wiadomo.

– A gdyby już dziś zaszła konieczność obrony terytorium, to jesteśmy bezradni i bezbronni?

– Na szczęście, NATO wykazuje pewną żywotność, choć nie taką, jaka jest potrzebna. Jednak to, że możemy dziś liczyć na jakąś pomoc Sojuszu, jest... zasługą Władimira Putina.

– Jak to?

Reklama

– Po rozwiązaniu Układu Warszawskiego w 1991 r. NATO uznało, że w Europie nie ma zagrożeń i może zrezygnować z aktualizacji tzw. planów ewentualnościowych (czyli konceptu operacji wojskowych na wypadek agresji). W 2008 r. Rosja napadła na Gruzję i wtedy natowscy wojskowi uderzyli na alarm. W następstwie, także dzięki staraniom Polski, opracowano nowe plany obrony, co – dodajmy – bardzo nie podobało się Rosji. Niedawno je sprawdzano w czasie manewrów NATO w rejonie Bałtyku, północnej Polski i państw nadbałtyckich. Ostatnio też, po wyczynach Putina na Ukrainie, przyleciała do Polski amerykańska eskadra samolotów F-16. To bardzo wyraźny sygnał ostrzegawczy dla Rosji.

– Taki sygnał może Rosję naprawdę przestraszyć?

– Raczej zmusić do myślenia. Intensywnie modernizowana armia rosyjska w porównaniu z siłami Sojuszu – zwłaszcza z potencjałem Stanów Zjednoczonych – jest ciągle mizerna. Należy jednak postawić pytanie, na ile Rosja jest zdeterminowana w tym, co robi, i czy zdoła się temu przeciwstawić Sojusz Północnoatlantycki.

– I na ile Putin jest oderwany od rzeczywistości i nieobliczalny?

– Moim zdaniem, jest on jak najbardziej obliczalny w tym, co zamierza zrobić; oblicza dokładnie, jak daleko może się posunąć. Zapewne, jak Lenin, uważa, że „nieprzyjaciela należy sprawdzać bagnetem”; Lenin zalecał: jeżeli bagnet wchodzi – pchnij, jeżeli napotka opór – wycofaj. Putin teraz wpycha ten bagnet i sprawdza, jak głęboko może on wejść.

– Jak głęboko, zdaniem Pana Profesora, może dziś wejść ten bagnet Putina?

Reklama

– Chyba głęboko. Być może wkrótce pojawi się jakieś „nowe Monachium”, gdy Hitlerowi oddano Sudety, i może zaanektowany już Krym Zachód teraz „odda” Rosji... Putin może zresztą sądzić, że Zachód jest słaby i naciskany – będzie się cofał. Więc Kreml będzie chciał coraz to nowych zdobyczy. Rosjanie są nie tylko na Krymie – w Estonii i na Łotwie też. Rosja nie jest gotowa do wojny z NATO, ale przecież może osiągać swoje cele bez takiej wojny. Od Iwana Groźnego wiadomo, że zanim uderzy, stara się przeciwnika osłabić, niejako „zmiękczyć” poprzez skłócenie społeczeństwa, osłabianie woli oporu w ośrodkach władzy, a także przez przekupstwo elit państwa upatrzonego na ofiarę.

– Mówi Pan teraz o Polsce?

– Tylko przypominam, że Rosja tak postępowała, gdy chciała rozbić i zająć Pierwszą Rzeczpospolitą, a prowadziła tego rodzaju operacje osłabiania Polski już od czasów Piotra I. Teraz widać, że podobnie postępuje na Ukrainie. Nie dziwiłbym się, gdyby np. radykalne ukraińskie formacje były po części sterowane przez rosyjską agenturę. Bez wątpienia Putin potrzebuje argumentów, że jego przeciwnicy na Ukrainie to „faszyści”. Prezydent Rosji realizuje konsekwentnie swój plan, wcale nie tajny, od dawna ujawniany w rosyjskich strategiach, publicznie udostępniany. Tyle że w Polsce i na Zachodzie tego nie dostrzegano...

– Lub zlekceważono jako nierzeczywiste rojenia?

– Można przypomnieć, że gdy ukazała się książka „Mein Kampf” Hitlera, to też nikt nie brał tej publikacji na poważnie... Gdy na Kremlu zaczęto mówić, że Rosja zamierza zbudować „wielką przestrzeń geopolityczną od Władywostoku do Lizbony”, która będzie przeciwwagą dla USA, eksperci potraktowali to niczym jakieś baśniowe opowieści. Tymczasem Putin dowodzi, że to nie jest bajka. Wywołując entuzjazm Rosjan, postawił właśnie pierwszy krok na drodze ku imperium – jego Rosja ma stać się centrum nowej euroazjatyckiej potęgi. Cóż, bez Ukrainy to się nie uda.

– Co dalej?

Reklama

– Jak widzimy, Rosja już bierze na celownik Litwę i Polskę. Podejmie różnorodne próby rozmontowywania systemu NATO w Europie, a jeśli się to uda, będziemy mieli rosyjski atak na kraje nadbałtyckie i przyjdzie też kolej na Polskę.

– Premier zapewnia nas, że mocne są wszystkie filary polskiego bezpieczeństwa, że jesteśmy coraz lepiej przygotowani do obrony naszych granic, bo nasza armia jest dobrze wyposażona, wyszkolona oraz ma silne morale...

– Przypomina mi się stary dowcip: nasza armia idzie naprzód, a za nią szybko posuwa się nieprzyjaciel. Faktem jest, że polskie społeczeństwo zaczyna się bać wojny, choć nie do końca zdaje sobie sprawę z jej realności. Rozumiem więc, że z jednej strony premier uspokaja własne sumienie, a z drugiej – nie chce straszyć ludzi.

– Czy – zdaniem Pana Profesora – możliwa jest taka przyspieszona, lokalna ingerencja militarna Rosji, mimo że nie jest ona jeszcze dostatecznie silna?

– Wojny nigdy nie można wykluczać, nawet jeśli się jej nie planuje. Adolf Hitler, napadając na Polskę w 1939 r., nie zamierzał rozpoczynać wojny światowej. Sądził, że szybko i łatwo pokona Polaków, zanim Zachód zdoła zareagować. Wojnę światową zamierzał rozpocząć w latach 1944-45, po zakończeniu zbrojeń i stworzeniu odpowiednio silnej armii. Tymczasem ona wybuchła pięć lat wcześniej.

– Jest Pan krytykiem prowadzonej od kilku lat reformy polskiej armii; czy wobec zaistniałej sytuacji potrzeba pilnie zreformować tę reformę?

Reklama

– Uważam, że stan naszej armii jest już taki, że nie ma co mówić o reformach, a trzeba rozpocząć odbudowę sił zbrojnych. W 1999 r., przed wstąpieniem do NATO w jednej z amerykańskich analiz przygotowanych na zlecenie MON napisano, że siły zbrojne Rzeczypospolitej w NATO powinniśmy tworzyć w czterech etapach. W pierwszym – stworzyć armię będącą w stanie bronić granic kraju. W drugim – siły będące wsparciem dla sąsiadów Polski, sojuszników z NATO. Etap trzeci to zbudowanie formacji ekspedycyjnej na teren Europy, a dopiero w czwartym etapie mieliśmy przygotowywać wojska ekspedycyjne poza Europę.

– Zaczęliśmy od końca, żeby bardziej wkupić się w łaski NATO?

– Władze polskie uznały, że tak właśnie trzeba. A poza tym, to było najłatwiejsze. Przyjęto więc model armii typu ekspedycyjnego, i to on zdominował kierunki zmian w polskich siłach zbrojnych. Niczym mocarstwo tworzyliśmy wojska ekspedycyjne, w porównaniu z tego typu formacjami z USA – w rozmiarze mini, ale dla Polski i tak bardzo kosztowne. Później polscy stratedzy zlekceważyli doświadczenie Gruzji... Ten kraj zbudował armię ekspedycyjną, która w starciu z Rosjanami w 2008 r. kompletnie zawiodła, nie potrafiła bronić kraju. Prośmy Boga, żeby dał Polsce dość czasu na odbudowę naszych sił zbrojnych.

– Jak najskuteczniej i najszybciej można to zrobić?

Reklama

– Trzeba przede wszystkim zadbać o obronę przed atakiem z powietrza i z morza. Doraźnie powinniśmy – z uwagi na obecną sytuację w regionie – domagać się od sojuszników wzmocnienia obrony przestrzeni powietrznej, np. dwoma, trzema dywizjonami rakiet Patriot. Eskadra samolotów F-16 nie wystarcza. Powinniśmy też zapewnić stałą obecność okrętów U.S. Navy na Bałtyku. Ze swej strony polska marynarka wojenna powinna otrzymać okręty podwodne wyposażone w rakiety, które mogą niszczyć cele również na lądzie. Pilnie potrzebna jest obrona przeciwrakietowa, a czasu na przetargi i zakupy rakiet nie mamy zbyt wiele...

– Niektórzy politycy twierdzą, że dobrze, iż nie zbudowano w Polsce amerykańskiej tarczy antyrakietowej, bo w ten sposób nie jesteśmy jeszcze na rosyjskim celowniku.

– To błędne rozumowanie. Tarcza antyrakietowa, w swym pierwotnym kształcie, miała być elementem infrastruktury obronnej Stanów Zjednoczonych, co oznacza, że w interesie USA byłoby, aby ulokowane w Polsce wyrzutnie były bezpieczne. Bezpieczeństwo bazy antyrakietowej w Redzikowie byłoby równoznaczne z bezpieczeństwem USA i... jednocześnie Polski. Natomiast ewentualny rosyjski atak na tę bazę oznaczałby wprost zagrożenie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. To byłoby dla Rosji działanie bardzo ryzykowne.

– Ponad trzydzieści lat temu zastanawialiśmy się: wejdą, nie wejdą? Co by było, gdyby teraz jednak weszli?

Reklama

– Nie wolno do tego dopuścić! Dobrym wyjściem dla kraju posiadającego mniejszy potencjał obronny jest właściwa strategia odstraszająca przeciwnika. Współczesne armie z najwyższym trudem radzą sobie z tzw. działaniami asymetrycznymi, czyli z partyzantką. Wojska operacyjne, żeby opanować teren, na którym działają partyzanci, muszą mieć przewagę co najmniej 20 żołnierzy na jednego partyzanta, podczas gdy do pokonania innej armii regularnej wystarczy przewaga 3 do 1. Atutem jest też taniość; partyzanci posługują się prostym i łatwym w obsłudze uzbrojeniem, np. improwizowany ładunek wybuchowy kosztuje kilkadziesiąt dolarów, a można nim zniszczyć wóz bojowy za kilka milionów dolarów.

– Czeka nas partyzantka?

– Ależ nie. Musimy tylko przygotować się do takich działań, grożąc przeciwnikowi, że jeśli napadnie, to zapali mu się grunt pod nogami. Opieranie obrony na wojskach operacyjnych (armia zawodowa) jest drogą do klęski. A po rozbiciu takiej armii będziemy tworzyli konspirację i wojny partyzanckiej nie unikniemy. Natomiast obrona z przygotowanymi masowymi działaniami asymetrycznymi powinna odstraszyć wroga, i tym samym Polska wojny uniknie.

– Sądzi Pan, że udałoby się dziś namówić Polaków do takich asymetrycznych działań?

– Potrzebna byłaby akcja pokazująca ich użyteczność obronną. Trzeba wprowadzić przekazy medialne i programy nauczania wzmacniające polski patriotyzm. Potrzebni są ludzie odważni, gotowi walczyć za kraj. Trzeba promować i wspierać wszystkie związki, stowarzyszenia, grupy proobronne, takie jak: grupy rekonstrukcyjne, Związek Strzelecki „Strzelec”, Związek Towarzystw Gimnastycznych „Sokół”, Legię Akademicką, harcerstwo. MON powinien zadbać o morale wojska, które powinno promieniować na całe społeczeństwo. Należy przypominać postawy bohaterskie polskich żołnierzy z przeszłości. Do obronności musi być też wprowadzony czynnik obywatelski, społeczny.

– W jaki konkretnie sposób?

– Mogłaby – i chyba powinna – powstać w Polsce obrona terytorialna w swej formie przypominająca Armię Krajową, tyle że zbudowaną przed ewentualnym wybuchem wojny, a nie – jak to było w 1939 r. – dopiero po katastrofie, po klęsce.

2014-04-01 14:37

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Święte oburzenie nieprawicy

Niedziela Ogólnopolska 43/2012, str. 14-15

[ TEMATY ]

polityka

dziennikarze

www.radiownet.pl

Red. Krzysztof Skowroński - prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

Red. Krzysztof Skowroński - prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

W Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich zawrzało, jak nigdy dotąd w jego długiej historii, w związku z osobą jego prezesa Krzysztofa Skowrońskiego, który poprowadził dwa spotkania zorganizowane przez partię opozycyjną

Nawet stan wojenny i późniejsze perturbacje z odzyskiwaniem utraconej siedziby nie wywoływały tak wielkich namiętności, jak obecna dyskusja o politycznym zaangażowaniu prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (SDP) Krzysztofa Skowrońskiego po stronie nielubianej w środowisku dziennikarskim partii opozycyjnej. Krzysztof Skowroński, demokratycznie wybrany prezes SDP i szef prywatnego Radia Wnet prowadził debatę ekonomiczną i konferencję PiS. Zdaniem sygnatariuszy listu otwartego (grupy członków SDP) pt. „My się na to nie zgadzamy” Skowroński naruszył art. 21 kodeksu etyki dziennikarskiej SDP mówiący o tym, że angażowanie się dziennikarzy w bezpośrednią działalność polityczną i partyjną prowadzi do konfliktu interesów i należy „wykluczyć podejmowanie takich zajęć oraz pełnienie funkcji w administracji publicznej i w organizacjach politycznych”. Być może Skowroński jako prezes postąpił nierozważnie (bo mógł przewidzieć, że zostanie skrytykowany), ale warto by dokładniej rozważyć, czy rzeczywiście aż tak bardzo naruszył etykę dziennikarską, czy raczej uraził przede wszystkim sympatie polityczne wewnątrz samego SDP? Warto też osądzić jego czyn w szerszym, dziennikarsko-politycznym kontekście. Wtedy ocena zdarzenia nie będzie już tak jednoznaczna i oczywista, jak w liście oburzonych z SDP. Czy Krzysztof Skowroński powinien ustąpić z funkcji prezesa SDP? Nie wszyscy członkowie stowarzyszenia są co do tego przekonani, doszło do politycznego podziału. Nic dziwnego, bo organizacja ta nie jest już dawnym monolitem pod honorowym patronatem historycznego prezesa Stefana Bratkowskiego. Mniej więcej rok temu pojawiła się w niej świeża krew - ludzie z całkiem innej bajki, bliżsi „Gazecie Polskiej” niż „Wyborczej”. To oni doprowadzili do wyboru Skowrońskiego, ku ogromnemu niesmakowi tych „bardziej dla stowarzyszenia zasłużonych”. To za ich sprawą SDP stało się prawicowe, niepoprawne politycznie. A teraz - piszą w swym proteście m.in. takie tuzy dziennikarstwa, jak Stefan Bratkowski, Maciej Wierzyński, Krzysztof Bobiński - stało się też jednostronnie polityczne. Piszą: „Od lat 80. ubiegłego wieku Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich pracowało na opinię niezależnej organizacji dziennikarskiej. Włączenie się Krzysztofa Skowrońskiego w działalność partyjną oznacza wybór kariery partyjnej i zejście z drogi niezależnego dziennikarstwa. Nie wyrażamy zgody na rujnowanie dorobku i pozycji SDP. Przywrócenie autorytetu SDP w środowisku dziennikarskim i społeczeństwie wymaga od Krzysztofa Skowrońskiego ustąpienia z funkcji prezesa naszego Stowarzyszenia”. To „postbolszewicka część warszawskiego SDP szykuje zadymę wymierzoną w prezesa SDP” - tak to z wielkim przejęciem skomentowały media życzliwe Skowrońskiemu, czyli te spoza tzw. głównego nurtu. Prezes Krzysztof Skowroński ustępować nie zamierza pod naciskiem od samego początku nieżyczliwej mu grupy, bo jak uzasadnia, został wybrany w demokratycznych wyborach, a jego zgoda na prowadzenie konferencji PiS nie wiązała się z żadną partyjną transakcją, nie była aktem bezpośredniego zaangażowania w działalność polityczną i partyjną, nie było więc żadnego konfliktu interesów, a siedziba SDP powinna być ważnym miejscem debaty publicznej. Z pewnością to tłumaczenie nie przekonuje tych, którzy poczuli się urażeni, którzy uważają, że cnota polskiego dziennikarstwa została nadszarpnięta. Ale pojawia się też nadzieja, iż może wreszcie to urażenie zaowocuje dyskusją o jakości polskiego dziennikarstwa, jego miejscu i roli w demokratycznym państwie. Mówi o tym sam podsądny, ciesząc się z wywołanej przez siebie burzy: „Z przyjemnością spotkam się z każdym, by dyskutować o tym, czym jest niezależne dziennikarstwo”.
CZYTAJ DALEJ

Modlitwa do Maryi, Królowej Pokoju

[ TEMATY ]

modlitwa

Królowa Pokoju

Adobe Stock

Ave Regina Pacis, Królowa Pokoju w Santa Maria Maggiore

Ave Regina Pacis, Królowa Pokoju w Santa Maria Maggiore
Maryjo, Królowo Pokoju,
CZYTAJ DALEJ

Niemiecka diecezja krytykuje finansowe zachęty za przyjęcie chrztu

2026-08-03 15:37

[ TEMATY ]

Niemcy

finansowe zachęty

przyjęcie chrztu

Adobe Stock

Diecezja augsburgska w Niemczech skrytykowała akcję katolickiego przedsiębiorcy Petera Löwa, który oferuje rodzinom 500 euro za ochrzczenie dziecka w wybranych parafiach w okolicach jeziora Starnberger See. Zdaniem diecezji wsparcie finansowe, choć wynikające z dobrych intencji, nie powinno stać się motywem decydującym o przyjęciu sakramentu.

„Katoliccy rodzice mają wręcz obowiązek jak najszybciej ochrzcić swoje dzieci i wychowywać je w wierze chrześcijańskiej” - podkreślono w oświadczeniu rzecznika diecezji, wydanym na prośbę portalu katholisch.de. Zaznaczono, że udzielenie chrztu w Kościele nie wiąże się z żadnymi kosztami, dlatego aspekt finansowy nie powinien odgrywać zasadniczej roli w decyzji o przyjęciu sakramentu.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję