Inżynierowie przyszłości, łamiąc zasady porządku naturalnego, tworzą - za biernym przyzwoleniem społecznym - odczłowieczony świat. Kiedy nadchodzi czas prawdy i wielka wojna niszczy ową koszmarną rzeczywistość, to jedyną ocalającą siłą okazuje się… zwyczajna ludzka miłość. „Ostatnia wielka wojna” to rodzaj antyutopijnej noweli, poddającej totalnej krytyce eksperymenty z ludzką naturą i z ludzką wolnością; z tą wolnością, która w wykreowanej przez „ideologów gender” przyszłości wyradza się i staje się przerażającą dowolnością. Pisarz w wielkim skrócie, niepozbawionym jednak trafności, przepowiada przyszłe losy Ziemian. Na szczęście w finale zwycięża miłość, a nie technologia „in vitro”, triumfuje rodzina i małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, a nie eksperymenty z seksualnością.
(zs)
Ostatnia Wielka Wojna objęła prawie cały świat. Nie jest ważne, kto zaczął, bo też nikt nie wie, kto skończył. Po długiej nuklearnej zimie powoli zaczęło wracać życie. Jakże inne od dotychczasowego. Ludzie, którzy przeżyli katastrofę, wegetowali, ale powoli przystosowywali się do warunków, jakie zapanowały na ziemi. Nie było miast i lasów. W zasadzie nie było nic. Wszystko było wymieszane i stłamszone. Ocalona reszta ludzkiej populacji wymierała a to od chorób popromiennych, a to ze starości, a to bijąc się o resztki. Partnerzy i partnerki, osobnicy alfa i beta nagle stali się bezradni wobec życia. Kliniki „Invitros”, które zapewniały przetrwanie ludzkiego gatunku, zostały zmiecione z powierzchni ziemi. W powojennych warunkach były nie do odbudowania. A poza tym kto z ocalałych znał technologię życia? Próby odnalezienia protologów zakończyły się niepowodzeniem. Jedyny, jaki jeszcze żył, był keloidem, niezdolnym poprzez potworne blizny do jakichkolwiek działań, w dodatku był ślepy i w głowie mu się pomieszało, mówiąc językiem starej literatury.
Reklama
Twominutes i Daabrys byli invitrowcami, tylko każdy z nich miał innego dawcę, tzn. jak się dawniej mówiło - „tatusia”, zanim zakazano używania tych pojęć. Surogatka była anonimowa. Nie znali jej. Zaraz po „cesarce” zostali zabrani przez obu dawców. Mieli szczęście, że byli bez wad, że nikt się nie rozmyślił, że nieprzewidziane okoliczności społeczne nie spowodowały skoszarowania ich w Banku Ciał. A stamtąd, jak wiadomo, albo się szło od razu na „krem”, albo do „hodowli na części zamienne”. Dawcy zaufali całkowicie biotechnolożce, o której mówiono, że ma szczęśliwą rękę do babyvitrowców. Chociaż to zaufanie kosztowało trochę grosza, to jednak opłaciło się - rzeczywiście obaj chło… ups! oczywiście, obaj invitrowcy rozwijali się pomyślnie i to zgodnie z harmonogramem wzrostu i dojrzewania. Byli tuż przed pierwszym określeniem płci. Kursy symetrii i relatywizmu biologicznego miały ich obu przygotować do terapii genowej, gdyby naturalne cechy płciowe nie odpowiadały im. Niestety, wojna zmieniła wszystko. Na szczęście ocaleli nie ponieśli jakichś ubytków na zdrowiu i dorastali jako osobnicy o męskich przejawach płciowych. Mieszkali w miejscu, gdzie zastała ich wojna. Reprodukodawcy, niestety, nie przeżyli wybuchu. Zaopiekowali się nimi inni, ale i oni z czasem powymierali. Ostatni, który się o nich troszczył, w pożegnalnych słowach, tuż przed osobistą eutanazją, radził im szukać innych ocalonych. Żywność z podziemnych schronów skończyła się i nie mieli innego wyjścia, jak tylko posłuchać rady opiekuna. Przed exodusem zapalili ostatnie ognisko i rozmawiali.
Twominutes był starszym invitrowcem od „brata” o dwie minuty, więc uważał się za poważniejszego i bardziej odpowiedzialnego, dlatego przybrał minę zatroskanego popularnego niegdyś internetowego mediokreatora i powiedział:
- Najpierw dawcą, a potem inkubatką…
- A ja chciałbym być surogatką! - wykrzyknął Daabrys.
- To takie potrzebne ludziom - dodał.
- Tak, to jest na pewno powołanie - potwierdził Twominutes.
Nagle zamilkli obaj. Zdali sobie sprawę z bezsensowności swoich marzeń.
Reklama
O poranku wyruszyli z miasta w nieznane. Długo by opowiadać, co ich spotkało podczas wędrówki. Najważniejsze, że pewnego dnia, wchodząc do nieznanych ruin miasteczka, usłyszeli jakieś dziwne wysokie dźwięki, dochodzące gdzieś z podziemia gruzowiska. Ostrożnie podchodzili do źródła głosu. W otworze ziemi, przykrytym jakąś przezroczystą taflą, zobaczyli pomieszczenie mieszkalne z łóżeczkiem i z małym człowieczkiem, drącym się wniebogłosy. Patrzyli zafascynowani widokiem ludzika. Nagle do łóżeczka podeszła inkubatka i przyłożyła wrzeszczącego do swojego tułowia, obnażając stygmat płciowy, który ten chwycił ustami. Nigdy czegoś takiego nie widzieli. Potem pojawił się przy tej dwójce jakiś dawca i uśmiechał się to do małego, to do inkubatki. Zarówno Daabrys, jak i Twominutes chcieli jak najwięcej zobaczyć i nieostrożnie pochylili się nad otworem… Stracili równowagę i przebijając prowizoryczne zabezpieczenie niby-okna, wpadli do środka pomieszczenia. Ocknęli się, oparci o ścianę ze związanymi rękami i nogami.
- Macie małego invitrowca? Skąd? Jak? - wykrzykiwali na zmianę do nieznajomych.
Po kilku dniach wzajemnych przesłuchiwań i ostrożnych wynurzeń nieznajomi rozwiązali intruzom ręce i pozwolili im samodzielnie spożyć pierwszy posiłek.
- Skoro jest mały invitrowiec, to… życie jest ocalone. Musimy się dostać do „Invitros”! - zwrócił się z apelem do nieznajomego Daabrys.
- Nie ma „Invitros”, nic nie ma… - odpowiedziała z dozą smutku i ironii nieznajoma.
- To skąd macie…? - Daabrys nie odpuszczał.
- Z miłości.
A kiedy dalej nie rozumieli, co im było mówione, rozwiązano im nogi i pozwolono zostać, aż do czasu, kiedy mała Nowonarodzona stała się dojrzałą kobietą. Wtedy Daabrys wziął ją do siebie i zrozumiał, czym jest miłość.
Zapytacie, a co z Twominutesem? No cóż. Dziecko Daabrysa i Nowonarodzonej uwielbiało swojego wujka, który pozostał starym kawalerem.
Tłumaczenie z języka francuskiego - Zdzisław Skotnicki
W Uroczystość Objawienia Pańskiego 2026 ulice wielu miejscowości diecezji świdnickiej wypełnią się barwnymi orszakami Trzech Króli, będącymi publicznym świadectwem wiary i radosnym przeżywaniem bożonarodzeniowej tradycji.
Poniżej przedstawiamy harmonogram i krótkie informacje o wydarzeniach przygotowanych w poszczególnych miastach i parafiach diecezji.
Z osobą m. Marceliny Darowskiej zetknęłam się dwa lata temu,
kiedy to zaczynałam pracę w gimnazjum. Tradycją panującą w szkole,
gdzie uczę, było organizowanie dwa razy w roku spotkań rekolekcyjnych
dla nauczycieli w Domu Sióstr Niepokalanek w Szymanowie. Zgromadzenie
to założyła właśnie Matka Marcelina. Z wielkim zaciekawieniem obserwowałam
pracę sióstr i ich uczennic. Każdy wyjazd do Szymanowa był dla mnie
kolejnym cennym doświadczeniem. Po pewnym czasie bardziej zainteresowałam
się osobą Matki Marceliny i postanowiłam o niej napisać.
Zaczęłam wtedy czytać wszelkie publikacje na jej temat.
Wydawało mi się początkowo, że nic interesującego w tych książkach
nie znajdę. Bo cóż może być ciekawego w życiorysie siostry zakonnej?
I tu pełne zaskoczenie. Jednym tchem przeczytałam polecone mi książki.
Matka Marcelina okazała się być obdarzona niezwykle bogatą osobowością,
a jej życie mogłoby posłużyć za temat filmu, który - nie mam co do
tego żadnych wątpliwości - zainteresowałby niejednego współczesnego
widza.
Zanim Matka Marcelina została przełożoną Zgromadzenia
Sióstr Niepokalanek - była szczęśliwą matką i żoną. W jej życiu nie
zabrakło też dramatycznych momentów. W wieku dwudziestu pięciu lat
została wdową, a w niecały rok po śmierci męża straciła swego dwuletniego
synka. To nie koniec jej cierpień. Musiała jeszcze walczyć o życie
swojego drugiego dziecka - maleńkiej Karoliny, której lekarze nie
dawali szans na przeżycie. Młoda wdowa przezwyciężyła wszelkie kłopoty.
Dziecko wyzdrowiało, a jej gospodarstwo było przykładem dla okolicznych
posiadłości. Przez cały ten czas trudnych doświadczeń ani razu nie
zwątpiła w miłość Boga, ani razu nie zbuntowała się przeciwko Jego
woli. Jakże niezwykle mocna musiała być jej wiara! Mało tego, nie
mając żadnego doświadczenia zakonnego, a jedynie pragnienie służenia
Bogu, odważyła się zostać przełożoną - założycielką nowo tworzonego
Zgromadzenia, którego głównym zadaniem miało być wychowanie dzieci
i młodzieży.
Nie na życiorysie Matki Marceliny chciałabym jednak skupić
swą uwagę, mimo że jest on naprawdę bardzo ciekawy. Zainteresowanych
odsyłam do książek poświęconych bohaterce tego tekstu1. To, co najcenniejsze,
to nauki Matki
Marceliny, jej przemyślenia i refleksje, ujęte często w
formę jakże trafnych i aktualnych do dziś sentencji. Znaleźć je można
w wydanej w 1997 r. przez Siostry Niepokalanki książce zatytułowanej
Zawsze będę z Wami. Myśli i modlitwy błogosławionej Matki Marceliny
Darowskiej2.
Wartości szczególnie ważne dla Matki Marceliny to przede
wszystkim Bóg, miłość, rodzina, Ojczyzna, praca i to, czemu poświęciła
całe swoje życie, czyli wychowywanie kolejnych młodych pokoleń. Wiele
jest cennych wskazówek zawartych w słowach Matki Marceliny. Mnie,
jako nauczycielkę, która dopiero zaczyna swoją pracę z młodzieżą,
szczególnie zainteresowały te poświęcone wychowaniu. Pierwsze słowa,
jakie przeczytałam, kiedy "na chybił trafił" otworzyłam książkę z
myślami Matki Marceliny, brzmiały następująco: "Zadanie wielkie,
praca kolosalna - z jednej strony łatwa, z drugiej bardzo trudna.
Łatwa, bo serca dzieci to wosk, na którym wszystko łatwo się wyciska.
Trudna, bo wosk wystawić na gorąco ognia lub słońca, a ślad jego
cały się zgładzi. Dzieci przyjmują dobre i złe wrażenia, jedne zacierają
drugie". Jakże trafnie oddają one pracę wychowawcy. Czytając te zdania,
uświadomiłam sobie ogromną odpowiedzialność, jaką biorę za swoich
wychowanków. To, co im przekażę, będzie miało wpływ na całe ich życie.
I nie najważniejsza w tym momencie jest wiedza. Moim zadaniem, jako
wychowawcy, jest pokazanie tym młodym ludziom właściwych wzorców
zachowań. Jest to szczególnie ważne w dzisiejszych czasach, kiedy
wciąż słyszymy o przypadkach, gdy młodzi ludzie zabijają swoich rówieśników,
często nawet nie dostrzegając zła, które wyrządzili.
Matka Marcelina cały czas miała świadomość odpowiedzialności
za wychowanie młodych ludzi. Dlatego też tak wiele miejsca poświęciła
sprawom rodziny, a w kształceniu dziewcząt ogromną wagę przywiązywała
do przygotowania ich do roli matki i żony. Wierzyła bowiem, że to
właśnie kobieta jest duchem rodziny, a od tego, jakie wartości przekażemy
młodym ludziom, zależy odrodzenie całego społeczeństwa. Dziś również
wiele miejsca podczas publicznych debat poświęca się sprawom rodziny.
Mówi się o polityce prorodzinnej i o kryzysie rodziny. Może warto
zatem sięgnąć po myśli Matki Marceliny. Znajdziemy tu oczywiste -
wydawałoby się - prawdy, ale jak często przez nas zapominane. Polecam
tę część nauk Matki Marceliny szczególnie dziewczętom, które zamierzają
w niedługim czasie założyć własną rodzinę. Naprawdę znajdziecie tu
wiele wskazówek pomocnych przy budowaniu własnego domu.
Jak już wspominałam wcześniej - jestem młodą nauczycielką.
Nie mam zatem bogatego doświadczenia pedagogicznego, wielu rzeczy
muszę się jeszcze nauczyć. Wciąż borykam się z różnymi problemami
wychowawczymi. Tak jak wielu młodych nauczycieli, staram się pogłębiać
swoją wiedzę pedagogiczną, czytając chociażby różne publikacje poświęcone
tym zagadnieniom. Panuje obecnie moda na nowoczesne, proponowane
nam przez zachodnich autorów, sposoby wychowania. Ja jednak najważniejsze
wskazówki pedagogiczne znalazłam w następujących słowach Matki Marceliny: "
Rozwijać - nie wysilając, ubogacać - nie przeciążając, uczyć praktyczności
- nie odzierając z poezji, hartować - nie zatwardzając, oczyszczać
sumienie - nie dopuszczając skrupułów, uczyć miłości - bez czułostkowości,
pobożności - bez dewoterii, zniżać się do dzieci w zabawach - nie
zmalając siebie, aby następnie być w stanie wznieść dzieci do wysokości
zadania". Oto - zdaniem Matki Marceliny - zadania nauczyciela. Mam
nadzieję, że będę w stanie im sprostać.
1 Informacje na temat życia Matki Marceliny można znaleźć
m.in. w następujących publikacjach:
- Ewa Jabłońska-Deptuła, Zakorzeniać nadzieję. M. Marcelina
Darowska o rodzinie i dla rodziny, Lublin 1996
- Marcelina Darowska - Niepokalański charyzmat wychowania,
pod red. ks. Marka Chmielewskiego, Lublin 1996
- S. Grażyna (Jordan), Wychowanie to dzieło miłości, Szymanów
1997
2 Zawsze będę z Wami. Myśli i modlitwy błogosławionej Matki
Marceliny Darowskiej, zebrały i opracowały s. M. Grażyna od Współpośrednictwa
Matki Bożej, Anna Kosyra-Cieślak, Romana Szymczak, Szymanów 1977.
W codziennym biegu, między pracą a domowymi obowiązkami, łatwo zgubić to, co daje nam prawdziwy spokój. A gdyby tak zatrzymać się na zaledwie 300 sekund, by odnaleźć siłę u źródła?
Dołącz do 5 milionów osób, które każdego miesiąca budują swoją relację z Bogiem dzięki NiezbednikKatolika.pl. To nie tylko strona – to Twój osobisty, duchowy asystent, który w jednym miejscu gromadzi wszystko, czego potrzebujesz do wzrostu w wierze.
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.